Ania
Ps OSTRZEŻENIE: tu są mega błędy wiec czytacie na własną odpowiedzialność! :*
Obudził się jak zwykle Sam w wielkim domu na Grimuar Place 12. J A K Z A W S Z E okropny ból głowy rozsadzał go od środka. Czuł się J A K Z A W S Z E, ale mimo wszystko cos było nie tak. Leżał we własnym łóżku w swojej sypialni, a jednak pamiętał, że wieczorem był w salonie. Zasnął przed kominkiem. Był tego pewien. Czy ma aż tak mocny sen żeby ktoś mógł przenieś go na piętro nie budząc go? Ale kto to mógł być? Jedynym sposobem jest zejść na dół i samemu się o tym przekonać. Wstał z łóżka i lekko się zachwiał.Ahh ten przeklęty ból! Założył czyste ubranie i zszedł po schodach prosto do kuchni. Zobaczył uśmiechniętą Minerwę przygotowywującą jajecznice.
- O! Syriusz, już wstałeś?
- Co ty tu do diabła robisz!
-A gdzie Twoje maniery Panie Black?-zaśmiała się kobieta-wczoraj rano byłam u Molly. Mimo że jest w fatalnym stanie nic nie daje po sobie poznać i próbuje być wesoła i uśmiechnięta choć wieczorami daje upust swoim emocjom i wybucha płaczem...
- To Dlaczego nie jesteś u niej?-przerwał czarnowłosy. - No bo widzisz to jest tak, że ona mimo wszystko jest jak stara dobra Molly i...
- Czyli? - Syriusz! Daj mi dokończyć a później zadawaj pytania! Po prostu Ona bardzo się o ciebie martwi. Zresztą jak wszyscy i Syr...
- Do cholery! Minerwa! Niech mnie wszyscy zostawią w spokoju! Do diabła przecież ja nie jestem dzieckiem! Dajcie mi spokuj!
- Syriuszu. Coś mi się nie wydaje. - powiedziała łagodnie mieszając jajka na patelni. - Zobacz jak ty wyglądasz. Przecież my się o cb martwimy.
- Nie chrzań mi tu takich cnotliwych tekstów, bo się poryczę.-odpowiedział sarkastycznym tonem. - zajmijcie się kimś kto tego potrzebuje. Hermiona. Tonks. Molly. Artur. Ich dzieci. Harry. Oni na prawdę potrzebują pomocy, a ja świetnie daję sobie radę sam!
- zachowujesz się jak Sewerus.
-NIGDY. NIE BĘDĘ. JAK. SMARKERUS. NIGDY!!!-ryknął.
- Już taki jesteś. Zamiast całymi dniami uzalac się nad swoim biednym losem powinieneś cos zmienić. Pomóc. Powinieneś porozmawiać z Hermioną, albo Arturem, przecież tak dobrze się znacie. Nie widzisz że możesz pomóc innym?! Co z tego że potter cie olewa to tylko dzieciak któremu zaczęło odbijać. A ty weź się w garść!
- Minerwa!-kobieta zmierzyła go surowym spojrzeniem.- No może masz rację. Dupek ze mnie. A jak się czuje Dora? Musi jej być ciężko po takiej stracie.
- Depresja. Silnie ją maskuje. Udaje że wszystko jest w porządku. Stara się wszystkim pomóc i zatopić w pracy. Nikt nie umie do niej dotrzeć.
- Biedna Dora. A co z Harrym?
- chodź i sam się przekonaj ale najpierw zjedz.-czarownica podała mu pełen talerz jajecznicy i pół Bochenka Chleba. Ten chłopak miał na prawdę apetyt godny wilka. - Smacznego!
***
-Musimy zaprosić Nimfadore, Hermionkę, Minerwę, Syriusza, Harrego, i całą resztę. Wszystkich.- mówiła Molly do swojego męża. Na jej ustach wciąż gościł uśmiech, ale jej twarz była blada, a oczy pozbawione blasku. Ta troskliwa i opiekuńcza czarownica prawdopodobnie nigdy nie odzyska tego błysku.
-Kochanie. Oczywiście powiadomię ich ale jaka jest okazja?
-Ach Arturze! Wszystkiego się dowiesz jak juz będziemy w komplecie- uśmiechnęła się ciepło do mężczyzny.
-MAMOOOOOOO! - Tak Ron? -Jest coś do jedzenia?
- Och Ronik zaraz zrobię wam kanapki, a wy musicie przygotować się na wieczór. Muszę jeszcze wyprasować wasze szaty i wyciągnąć sukienkę dla Gi...- i w tym momencie twarz pani weaslay zalała się łzami. Ginny była jej jedyną córką. Mała śliczna Ginny do złudzenia przypominająca Molly za czasów szkoły. Miła pogodna ale mająca tak ognisty charakter jak jej włosy. Nic dziwnego że uganiali się za nią wszyscy chłopcy w Hogwarcie. A teraz Ginny nie ma. Ona się poświęciła. Promień był skierowany w Molly. W matkę siódemki dzieci. W matkę samej Ginny. Gdy tylko młoda Panna weaslay zobaczyła że jej ukochanej mamie grozi niebezpieczeństwo główna cecha gryfonów-odwaga udowodniła że Ginevra na prawdę jest w domu lwa. Rzuciła się przed matkę przyjmując wycelowany idealnie w starszą kobietę czar. Jej drobne ciało upadło na ziemię z gracją a cudowne oczy zamknęły się Dziewczyna zapadła w wieczny sen. Jej rodzina wpadła w szał. Najstarszy z rodzeństwa natychmiast rzucił zaklęcie mające zabić. On William Wesley po raz pierwszy użył zaklęcia niewybaczalnego. Pomścił swoją małą kochaną siostrzyczkę i zabił. Te wspomnienia nadal bolały całą rodzinę. -Ron idź już. -powiedział Artur i przytulił mocno swoją szlochającą żonę. Sam pozwolił sobie na jedną łzę w której zamknięty był czysty ból. Kropla właśnie spłynęła po jego policzku.
***
-Skierko!
-Tak Panie? -
Przygotuj kolacje dla mnie, pani Narcyzy, blaisa i jeszcze dwa dodatkowe nakrycia.
-Oczywiście sir!-odpowiedziała skrzatka. Lucjusz Malfoy siedział samotnie przed kominkiem i rozmyślał. Spodziewał się dziś gości. Mężczyzna po upadku czarnego Pana zyskał szacunek u członków zakonu gdy wyszło na jaw, że od początku pierwszej wojny był pod wpływem imperiusa. Ale z Severusem zawsze łączyły ich ciepłe stosunki. Ich przyjaźń umocniła się po śmierci Dracona. Nietoperz bardzo pomógł rodzinie arystokratów. Gdy sytuacja w świecie czarodziejów ustabilizowała się mistrz eliksirów ujawnił światu swoją córkę. Nastoletnia, piękna i czarująca dziewczyna o wielkich niebieskich oczach i długich kręconych włosach miała na imię Nemezia. Podobnie jak ojciec uwielbiała czerń. Skórzane rurki i obcisłe topy lub niezwykle dopasowane sukienki. Wszyscy bardzo polubili czarnowłosą, która zawsze była bardzo pomocna i miła. Większość mężczyzn miała do niej słabość co ogromnie irytowało jej ojca. Nie mógł patrzeć jak te półgłówki ślinią się na widok jego malutkiej córeczki. Ale Lucjusz miał nadzieję że dziewczyna z wiąże się z Blaisem. Po śmierci dracona i ucałowaniu matki Diabła przez dementorów malfoyowie zajęli się chłopcem. Młody Zabini zawsze był dla nich jak syn ale znaczenie tych słów zmieniło się po śmierci ich prawdziwego dziecka.
-Lucjuszu wszystko w porządku?-zapytała Cyzia gdy zobaczyła męża tępo wpatrzonego w ogień w kamiennym kominku. Ta kobieta była niesłychanie silna. Straciła obie siostry i syna, a mimo wszystko jej oczy nadal lśniły delikatnym blaskiem a dobry nastrój jej nie opuszczał. Ale było coś niepokojącego. Kobieta nikła w oczach. Im bardziej Narcyza chudła tym bardziej jej mąż i blaise martwili się o nią.
-Kochanie, oczywiście wszystko w porządku.-uśmiechnął się melancholijnie blondyn.
-Blaise chodź już do nas. Profesor Snape z Nemezią zaraz powinni dotrzeć.-zawołała troskliwie pani malfoy.
Pyk. Na dworze właśnie rozległy się dźwięki aportacji, a zaraz potem zirytowany głos nietoperza.
-Dziecko na litość boską co ty się tak wiercisz? Przecież nawet stać nie ma jak. Boże Boże Kiedy ty się nauczysz?
- Tato wszystko w porządku nie musisz pytać. - odpowiedziała gładko jego córka. -Z tego co słyszę to już są!-krzyknął
Blaise zbiegając po schodach.
-Witajcie!
-Dobry wieczór Lucjuszu.
- Narcyzo.-przywitał się zimno nauczyciel.
- Dzień dobry! -uśmiechnęła się łagodnie dziewczyna.
-Nemi!
-Diabełek!
-O Proszę was! Co to za szopka?
-Tato stęskniłam się za nim.- skarciła ojca dziewczyna ściskając w objęciach chłopaka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz